Stefan

Dla poprawienia Waszego humoru opowiem Wam coś. Jesienne, wieczorne wieczory sprzyjają rozmowom z przyjaciółmi, a grzane wino i świece dopełniają klimatu, szczególnie, gdy jest to wymarzony piątek i przed nami cudna wizja dwóch dni odpoczynku. Historia, którą zasłyszałam od koleżanki podczas takiego spotkania, mało mnie nie zabiła… ze śmiechu oczywiście, uświadamiając po raz kolejny, ile samozaparcia, odwagi, determinacji i szaleństwa musi być w tym człowieku, który porywa się na zawód nauczyciela.

Zabiłam Stefana – przyznała się moja znajoma, patrząc na nas ze skruchą – i to dwa razy.

- Jakiego Stefana, no coś ty? Gdzieś go zabiła? – pytałyśmy zaciekawione. Zachichotała i powiedziała, patrząc na nasze co najmniej głupie miny.

- Mam w klasie ucznia, o rok młodszego od pozostałych. Prawdziwe żywe sreberko. Moment wystarczy, a on już pod ławką, na lampie, za szafką, w toalecie, na boisku szkolnym. Muszę mieć oczy dookoła głowy i dodatkową parę na plecach – westchnęła. – Więc rozumiecie, człowiek ma w klasie ponad dwudziestkę dzieci i takiego Jacusia, emocjonalnego, nerwowego, upartego… – pokiwałyśmy ze zrozumieniem głowami. Niejedna ma w klasie takich Jacusiów, nawet kilku.

- Pewnego razu lepiliśmy z plasteliny zwierzątka – kontynuowała opowieść. – Każdy z uczniów stworzył takie, jakie lubi, albo ma w domu.  Jacuś ulepił ptaka, jakiegoś z długą nogą. Nie wiem, pelikana, żurawia, coś w tym rodzaju. Nazwał go Stefan. A jako, że Stefan ów był przeuroczy, pochwaliłam malca i nagrodziłam najwyższą oceną. Po zajęciach plastycznych mieliśmy zajęcia wychowania fizycznego w sali na pierwszym piętrze.  Pilnuję, aby dzieci nie wnosiły tam zbędnych rzeczy, bo potem robi się zamieszanie, jeśli coś zginie lub się popsuje.

Jacuś nie byłby Jacusiem, gdyby nie przemycił Stefana, którego trzymał w zaciśniętej dłoni, co utrudniało mu rozgrzewkę.  Poprosiłam, aby go odłożył i przypomniałam mu o zakazie.  Popatrzył na mnie wrogo, bo jakżeż mogłam uznać Stefana za intruza. Sapnął, westchnął i oddał mi plastelinowego zwierzaka. Położyłam go na długiej ławie stojącej przy ścianie i zaraz o nim zapomniałam. Gdy zrobiłam dzieciom pięć minut przerwy przysiadłam na ławce, aby w zeszycie uzupełnić szkolną notatkę. Uczniowie rozbiegli się po sali, a ja zauważyłam, że Jacuś stoi ze zmarszczonymi brwiami i patrzy na mnie.

- Gdzie Stefan?! – zapytał nie ceregieląc się z formułami grzecznościowymi.

- Yyyy – roztropnie i pedagogicznie odpowiedziałam – gdzieś tu, na ławce.  – Rozglądnęłam się wokół siebie, nawet wstałam, aby go poszukać a wtedy Jacuś rozwył się histerycznie i wrzasnął już wybitnie się nie ceregieląc :

- Zabiłaś Stefana!

- Jacek! W tej chwili przestań, jak ty do mnie mówisz?  – broniłam resztkami sił umysłowych autorytetu. – Niczego i nikogo nie zabiłam.

- Tu go masz, z tyłu! – wskazał zasmarkany i rozszlochany na moje spodnie.

I wtedy zrozumiałam. Stefan został przygnieciony ciężarem mego prawego pośladka. Tkwił tam ciągle, tyle, że większy, bo cieńszy i rozplaskany. Westchnęłam, odkleiłam go i podałam Jacusiowi, który rozpoczął nową serię szlochów. Dzieci biegały, przywykłe do płaczu i krzyku Jacusia, Jacuś zawodził, Stefan zwisał na jego rąsi, a ja usiłowałam uspokoić niepocieszonego obrońcę ptaków. Na nic to. Musiałam poprosić o przyjście babcię ucznia. To nie koniec historii. Przyszła, kazała Jacusiowi przeprosić mnie. Mały wahał się długo przytulony do nogi babci, patrzył przy tym na mnie z ewidentną niechęcią i odrazą.

- Dobrze – sapnął – przepraszam panią…  – tu zaczerpnął powietrza – że zabiła pani Stefana.

Westchnęłam, babcia też. Mały znów zapłakał. Babcia wzięła od niego Stefana, popatrzyła, ja odwróciłam się na chwilę, słysząc jakiś dziecięce kłótnie na korytarzu. Martwy Stefan wypadł babci z ręki, ja zrobiłam krok w przód i w niego wlazłam. Zaczęłam pokazywać babci dramatycznie palcem położonym na ustach, aby była cicho, póki wnuk nic nie zauważył,  ale babcia nerwowo krzyknęła:

- Ojej!

W tym momencie Jacuś zerknął na mnie, zrobił oczy jak dwa spodki, a ja kucnęłam i drżącymi ze zdenerwowania rękami, nie wierząc w to, co się dzieje, zaczęłam odklejać po raz kolejny Stefana, tym razem z podeszwy buta. Był jeszcze cieńszy, chwilami naderwany i zdecydowanie nie przypominał wyjściowej postaci. Jacuś wyrwał mi plastelinowe truchełko z ręki, zaszlochał i krzyknął z wyrzutem:

- Dwa razy zabiłaś Stefana! Dwa razy!. – Chwycił babcię za rękę i ruszył w kierunku szatni, ja szłam za nimi bliska omdlenia, przepraszając już skołowana za to wszystko i tłumacząc, że przecież ja niechcący. Babcia machnęła ręka, mrugnęła do mnie i powiedziała cicho, że poradzi sobie.

- I co dalej?  – spytałam moją koleżankę i autorkę tej historii.

A nic – odpowiedziała zamyślona. – Dzień później poinformował dzieci, że ja morduję plasteliny. Cóż robić, taka robota…Nie wytłumaczysz niektórym….

Historia jest prawdziwa. Dla przyzwoitości pewne fakty zostały zmienione. Morderczyni Stefana, z tego co wiem, chwilowo nie uśmierciła żadnej plasteliny, modeliny czy papierowej kulki. Patrzę na nią z podziwem… że jeszcze jest normalna. Miłego wieczoru.

 

 

Nie ma to jak nastolatki…

 

Zaczynając kłótnię z nastolatką dobrze się człowieku zastanów nad konsekwencjami. To tak, jakby Rambo wlazł bez swoich sprzętów, muskułów i opaski na czoło, ze związanymi na plecach rękami, do dżungli pełnej wrednych typów, czyhających na jego zdrowie i życie.

Dwie córki w wieku nastoletnim to – jak na jedną matkę – za dużo. A jeszcze, gdy odziedziczyły równie wredny, cięty język i życiową – w ich mniemaniu – wiedzę o świecie, to o ho ho. Nic, tylko palnąć sobie w łeb.. z kota, bo broni inszej, niż koty nie posiadam.

Z rozmów znienacka przeprowadzonych wynika, iż jestem najgorszą matką z matek wszechświata, gdyż:

a) bo ty nic nie rozumiesz…

b) bo ty to mnie zawsze krytykujesz, a jej ( w sensie drugiej córki) nigdy…

c) bo ty tylko przychodzisz do domu i już od progu się czepiasz…

d) bo ty to tylko każesz sprzątać, jakby nic innego w domu się nie robiło …

e) bo ty się na mnie normalnie wyżywasz mamo…

Jako prezes stowarzyszenia matek potworów, zajmujących się pastwieniem nad nastolatkami przepełnionymi skrajnie różnymi uczuciami od miłości do nienawiści  oznajmiam odpowiednio (uwaga, czytaj dopasowując a do a, b do b)

a) tak, nic nie rozumiem, bo od razu urodziłam się dorosła i emocjonalne huśtawki nastolatek są mi obce i niezrozumiałe.

b) bo ty jesteś adoptowana z afrykańskiego plemienia, a twoja siostra to moja biologiczna córka i z racji obcych genów jestem dla ciebie wredna, niczym macocha z „Kopciuszka”.

c) bo ja tak lubię się nad wami pastwić, że wbiegam do mieszkania z przygotowanym tekstem mającym na celu niszczenie wam życia. Uwielbiam to. To mnie trzyma przy życiu.

d) bo ja mam tak ubogie życie wewnętrzne, iż jedynie sprzątanie daje mi poczucie spełnienia, dlatego każę wam sprzątać, a nie dlatego, że właśnie walnęłam w czoło o komodę w przedpokoju, poślizgnąwszy się na foliowej torebce po cukierkach, rzuconej przez którąś z was.

e) tak córeczko. Mam w sobie geny Hannibala Lectera i tak naprawdę po to urodziłam dzieci, aby się na nich wyżywać. Mam nawet specjalne sprzęty w piwnicy, aby was dziabać szpikulcami i pejczami, ale nie chce mi się tam schodzić. Więc wyżywam się słownie.

 

W momencie, gdy mówię taki lub podobny tekst córki oczywiście albo pukają się w czoło, albo wzruszają ramionami bądź też idą przemyśleć ciętą ripostę, którą mogą mnie bezczelnie zgasić. Zazwyczaj jednak długo myślą… (Heh)  Bo cóż tu mądrego ma wymyślić do jasnej choinki córka adoptowana z afrykańskiego plemienia? Nic, tylko westchnąć, że mogła trafić jeszcze gorzej…

 

 

Dla poprawienia humoru…. kobita, rozumisz……

 

Godzina 14.45. Wracam do domu z pracy. Na ławce przed sklepikiem osiedlowym siedzi sobie i wygrzewa przepite do cna kości dwóch charakterystycznie woniejących panów. Czarne ręce, bynajmniej nie od pracy w ogródku, zachłannie obłapują woreczek, w którym jak nic schowana jest jakaś tania piersiówka lub piwo, pite na dwóch.

- Rozumisz, Mietek, rozumiesz, kobita…. – westchnął jeden, a ja nastawiłam uszu, gdyż nie ma to jak krzepiące komunikaty o nas, przedstawicielkach płci pięknej, ubóstwianej w galaktyce od miliardów pewnie lat.

- Cooo, znów pogoniła ciem? – kurtuazyjnie i współczująco spytał drugi, drapiąc się czarnymi pazurzyskami po śniadym z brudu czole.

- Rozumisz, ona mi mówi, żem wypił w nocy, jak ona spała, jak ja nie wypił, bo ona wypiła. Sama wypiła. Rozumisz, i do mnie z grabami. I mię pogoniła.

- Sama wypiła i nie dała? Swołocz jedna, zawsze ci ja mówił, Zocha to czyste zło. I zrozum tu kobity – westchnął i poklepał kolegę po plecach, podając mu dyskretnie  reklamówkę z piciem.

No tak, w obliczu zbliżającego się, ba, wręcz człapiącego głośnymi krokami Dnia Kobiet, należy się zadumać nad filozofią panów, którzy bez wątpienia trochę racji mają. No, ale bez przesady. Może 1%.

Kobietę da się zrozumieć. Przynajmniej ja tak sądzę. Dla mnie jest ona cyborgiem emocjonalnym, w najlepszym tego słowa rozumieniu, gdyż ogarniając siebie, dzieci, psy, koty, zakupy, sprzątanie i pana władcę wszechświata (a niech tam będzie) jest w stanie uznać, że w zasadzie to nic nie ma do roboty, bo przecież tylko gotuje zupę i właśnie wiesza pranie, rzucając okiem na lekcje dziecka. Fakt, jedna wielka laba….

Czapki z głów panowie za to, że każdego dnia znosimy wasze męskie bytowanie. Wraca taki z pracy, usiądzie na kanapie czy w fotelu i już umiera. Jest wypompowany. Kobieta, gdy wraca z pracy, jakoś nie wpadła jeszcze na pomysł, by zaszczycić łóżko ciężarem swego powabnego ciała. Toż by cała rodzina się zebrała i gapiła na leżącą matkę i panią domu. Po pracy to ona leży chyba tylko pod jednym warunkiem – że nie żyje.

A emocjonalność? Ostatnio koleżanka pokazała mi swój telefon.

- Patrz na dziada – mruknęła, wchodząc w folder wiadomości. – Ja mu tu, dzióbku, zrób to, tamto, wrócę późno, tęsknię, kolację zrobię, jak skończę zebranie, kupię szyneczkę. Pamiętaj, wyprowadź psa. Kocham. Pa. A ten? Co mi na to? „OK. Nara”.  Ja mu tu elaboraty, a ten ok, nara. Ja mu tak powiem, jak będzie w nocy przy mojej piżamie grzebał. Sory, nara.

- Nie denerwuj się, pewnie w pracy zajęty – pocieszyłam.

- Co zajęty? Na chorobowym jest od 2 dni, czym zajęty? Chyba grzebaniem przy pilocie.

Właśnie. Grzebanie. Szukanie. Pomijając pana wylewnego, który na 10 zdań żony odpowiada jednym, zgrzebnym równoważnikiem zdania. Stały punkt funkcjonowania facetów to szukanie w taki sposób, aby za bardzo się nie namęczyć. To jest tak zwane szukanie bezszukaniowe czy też bezobjawowe.

- Eeeej, widziałaś gdzieś moje kapcie? – woła taki macho.

- W przedpokoju na półce z kapciami kochanie – odkrzykuje nic nie robiąca i gotująca właśnie obiad oraz grzebiąca w zmywarce pani domu.

- Nie ma…  – mruczy.

- Sprawdź, są na pewno – odkrzykuje leniąca się żona wkładająca w łazience pranie do pralki.

- Nieeee maaaa – zawodzi dalej mężczyzna jej życia, samodzielny, wspaniały, zaradny.

Żona rzuca swoje nieważne, niezauważalne zajęcia, idzie do przedpokoju, na półce z kapciami unosi kapcia dla gości, pod nim pysznią się papucie męża.

- Aaaaa, tu są – oddycha z ulgą facet, który jakoś nie wpadł na pomysł, że jak się szuka, to trzeba czasami kucnąć, coś odłożyć, coś przełożyć i przesunąć. On by chciał, aby te kapcie do niego zawołały i same wskoczyły mu na nogi. Szkoda, że gdy w lodówce trzeba znaleźć piwo, bezbłędnie trafia w trzy sekundy w sedno.

Zupełnie inaczej kobieta szuka choćby kluczy. Przypomina to prawdziwą bitwę o Anglię. Ja osobiście, początkowo spokojnie wkładam do jednej z brzegu torebek rękę i obmacuję całość, w nadziei na znalezienie breloczka z kotem. Gdy na te cholerne klucze nie natrafiam, a czas goni, zaczynam zaglądać do torby. Gdy dalej nic, wysypuję z brzękiem, hukiem i przekleństwem na ustach wszystko na stół. I patrzę. Przy braku kluczy powtarzam tę czynność do skutku z kolejnymi torebkami. Zawsze się udaje, nooo, chyba, że klucze wiszą sobie spokojnie i grzecznie na wieszaczku w przedpokoju. Czyli tam, gdzie ich miejsce powinno być przynajmniej hipotetycznie.

Kiedyś facet spytał mnie, po kiego grzyba mi tyle torebek. Spojrzałam na acana jak na idiotę. Czy ja go pytam po co mu tyle puszek piwa? Do życia nam jest to potrzebne panowie, do życia……….

Na razie tyle w temacie. Idę zaraz szukać kluczy z wdziękiem Fiony i rykiem lwa. Pozdrawiam wszystkie kobiety.

Bogna i druga zmiana…

 

Od poniedziałku Bogna przeszła na drugą zmianę. Oznacza, że ma na godzinę 10.00! Wreszcie czas dla siebie! Wreszcie dłuższy (przynajmniej o godzinę) sen, spokojne picie kawy przy Dzień dobry TVN i błyszczące czystością mieszkanie, gdy będzie zamykała za sobą drzwi od mieszkania, idąc elegancko ubrana i cudnie wymalowana do pracy.

Godzina 5.30. Kotka przebiega po twarzy Bogny miaucząc rozpaczliwie, gdyż goni za nią wyspany i zadowolony z życia rudy kocurek Irysek. Bogna zrywa się, patrzy na godzinę w telefonie i opada w poduszki. Jeszcze pół godziny snu. Juhu!

5.40. Misia kotka usadowiła się na ławie i patrzy na panią, pomiaukując. Bogna z zamkniętymi oczami mruczy: „Ciiiiicho, Miśka, daj żyć”.

5.45. Bogna czuje na sobie czujne spojrzenie i czyjś ciepły oddech. Hm. Czyżby Banderas chciał ją obudzić zmysłowym pocałunkiem???? Uśmiecha się, ale niepokoi ją, że oddech niekoniecznie zionie różami. Otwiera oczy. Widzi nad sobą pyszczek wpatrującej się w nią z odległości 20 cm Misi i jej wielkie oczyska, rodem ze Shreka.

„Szlag by to…”  – mruczy Bogna wyplątując się z kołdry. Tradycyjnie kołdra po nocy odwrócona jest poziomo, co oznacza, że Bogna nad ranem podkurcza nogi, aby nie wystawały od łydek po palce poza przykryciem.  Prześcieradło też jest wszędzie, tylko nie pod Bogną.  Wstaje, idzie do łazienki. Za nią zachwycone obudzeniem pani drepczą koty.

Lustro zostało stanowczo podmienione. Gdzie pogodne, miłe i gładkie oblicze kobiety sukcesu??? Bogna patrzy i nie wie, czy te sińce pod oczami to kratery po wybuchu wulkanu?. A zmarszczki? Coraz bardziej widoczne o tej porze rodzą rozmaite pytania, w wyniku których człek nie jest pewien: naciągnąć i spiąć zmarszczki spinką za uchem czy przerzucić przez plecy? I te włosy…. Dlaczego one zawsze żyją swoim życiem???? Łysi to mają dobrze… Bogna westchnęła i mocniej zawiązała szlafrok w pasie.

Łazienka, śniadanie, kawa. Czas budzić dzieciaki. Tradycyjnie trwa to dłużej, niż lot na księżyc. Trzeba wejść do pokoju i cukierkowo-słodko-pierdzącym głosem oznajmić: „Dziewczyny, wstajemy”…. Te wydają pod kołdrą serię mruknięć, westchnień i stęknięć, sugerujących, że nie podzielają optymizmu matki. Wstają. Zaczyna się żółwie łażenie córek po łazience, przedpokoju, pokoju, kuchni, po kotach, po plecakach szkolnych. Karuzela jednak się rozkręca. Ta nie ma usprawiedliwienia, napisz mamo, ta nie chce na śniadanie płatków, tylko chleb, kakao zimne, herbata gorąca, z tym do szkoły mi nie rób, widziałaś gdzieś moje rękawiczki? Pasta się skończyła. Sznurówka w bucie pękła, długopis mi wcięło, mamo, kup blok, bo nie mam, mogę twoje perfumy? A szlag by to. Bogna ma chęć uduszenia dzieci i kotów. Cała ferajna sprzysięgła się, by ten ranek był rankiem-koszmarkiem. Poszły. Szybko zamknęła drzwi na zasuwkę i oparła się o nie z ulgą. Kochane te dzieci, ale niech wreszcie wyjdą za mąż i sobie pójdą robić dzieciom kanapki. Albo niech robią co chcą….

Usiadła, siorbnęła kawę. Prokop z Welmanową droczą się na ekranie telewizora. Temat ciekawy. Jak tu się wystroić na Walentynki. Hehe. Jak to w co? W domowy dres. Zaśmiała się w duchu i skupiła na programie, popijając kawę. Przecież tyle ma czasu.

Zanim spostrzegła się, była 9.10. O szlag by. Za 20 min musi być na dole, koleżanka ma po nią podjechać do pracy. Otworzyła szafę. Białą koszulę miała wczoraj, może sukienka, nie…, wygnieciona, nie zdąży wyprasować. To może jeansy i sweterek. Sweterek ma dziurę. (Misia, zabiję!, znów schowałaś się w  szafie i huśtałaś na ciuchach…). Eeee, jest 9.20. Bogna narzuca koszulkę, na to jakiś sweterek, jeansy.

W histerii pudruje twarz transparentnym pudrem, w oko wpycha szczoteczkę z tuszem do rzęs, usiłując się pomalować. Syczy, rzuca tusz, ten spada na podłogę, Irysek podskakuje w histerii, strosząc ogon.  Bogna chwyta torbę, w biegu upycha w niej telefon i portfel. Szuka kluczy. Nie ma w przedpokoju, nie ma w torebce, wywala z torebki wszystko, mówi do kotów przypatrujących się pani wszystkie wyrazy na ku i na hu. Rzuca się na drugą torebkę, uff, są. Wybiega z domu rozczochrana, ze łzawiącym okiem. Gary w kuchni nietknięte, łóżko w sypialnym rozbebeszone. No tak, młoda bogini i jej poranki. A do bani z taką drugą zmianą….

 

 

Bogna i sąsiedzi

 

Bogna mieszka na drugim piętrze w bloku. Widok zza okna ma arcypiękny – blok, z pokoju dzieci widać – blok, a z kuchni – blok, oraz ze stołowego – brawo pani czytająca tekst! Także blok… Mieszkanie w bloku jest wybitnie niekomfortowe. Bo Bognie marzą się szerokie przestrzenie, wieś, mały domek z dala od ciekawskich spojrzeń sąsiadki i sąsiada, sad lub choć mała weranda z widokiem na mało uczęszczaną leśną drogę. (Rzecz jasna przy założeniu, że terenu tego nie lubią zwyrodnialcy, seryjni mordercy i zboczeńcy, czyhający na samotne właścicielki domku z córkami i kotami).

Najbardziej to wkurwia Bognę współczesne chamstwo ludzi zamieszkujących bloki. To taka specyficzna mentalność mieszkańców ciasnych mieszkanek, gdzie w toalecie słychać bąki sąsiada a w kuchni czuć smażonego kurczaka od pani z dołu i krzyki pana wrzeszczącego na dzieciarnie. Bogna tego nie cierpi z całego serca. Tak bardzo, że kiedy z pracy wraca do domu, a pracuje gdzieś tam poza Górą, dojeżdżając samochodem 35 km, to marszczą się jej powieki i siwieją automatycznie włosy na skroniach.
Bogna ma różnych sąsiadów. Najgorsza jej zmorą są obecnie dwaj. Pan Zdzisiek i pan Remont.

Pan Zdzisiek pracuje w firmie, w której ma dwa dni pracy i dwa dni wolnego. Wszyscy zatem wiedzą, że pan Zdzisiek pracuje, bo na klatce jest cisza świdrująca mózg i wszystko jest jak ma być powinno. Ogólna nuda i monotonia. Natomiast gdy pan Zdzisiek nie pracuje to pije. Jego sposób picia jest naprawdę pracochłonny, no i rzecz jasna czasochłonny. Biedak zarzyna się wręcz i wydeptuje kilometry dróg do knajpy i z powrotem.  Zaczyna o 10.00 rano. Idzie do knajpy. Wraca po dwóch godzinach trzymając się krzaków, wrzeszcząc do słupów i do staruszek. Następnie wtacza się lub wczołguje, lub też wpełza do bloku. Tu sobie leży na wycieraczkach sąsiadów, wchodzi, spada ze schodów, sobie gada, opowiada o pięknym dniu i gdy wreszcie się doczłapie do mieszkania na trzecim piętrze wrzeszczy sobie w domu sam do siebie. Bogna mieszka pod nim, ma więc przekichane mówiąc delikatnie.

Gdy Zdzicho się prześpi, za 2-3 godziny znów człapie do baru, i cała kołomyja od początku. Za dnia to można znieść, ale gdy Zdzichu leży na wycieraczce Bogny z rozpierdzielonymi po korytarzu słodkimi bułkami z dżemem i 20 deko cukierków krówek, które wgniata nogami w podłoże, nie jest fajnie. Bogna nie wytrzymała kiedyś i zadzwoniła na 997, aby pana ogarnęli, po spać nie daje o 1.00 w nocy. Panowie przyjechali, wnieśli go na właściwe piętro, następnie zaczęli szukać kluczy pana Zdzicha. On jednak obrażony rzekł im, że to pani Bogna mu je ukradła, bo ona to taka jest wredna, że ho ho. Pani Bogna, stojąca na półpiętrze i przypatrująca się całej akcji mruknęła, że miałaby pijusowi co kraść, klucze od zadymionej chałupy. Policjanci w końcu wytrzepali ze Zdzicha klucze i go wpuścili. Cisza była przez kilka miesięcy. Ostatnio jednak pan Zdzichu zapomniał o dawnym incydencie i pewnie trzeba będzie mu pomóc się ogarnąć. Szkoda, że tylko Bogna ma jaja w bloku. Reszta narzeka, marudzi a gęby nie otworzy. Standard. Bogna nie ma faceta, to musi myśleć jak on i działać.

Pan Remont to już prawdziwy koszmar życia. O dziwo, przeszkadza on tylko Bognie. Reszta sąsiadów z klatki obok jest rozanielonych i zadowolonych, bo lubią różne hałasy o 3.00 rano i o 23.00 w wieczór wigilijny oraz o 22.00 w sobotę, gdy mają gości na prywatkach. Któżby tam przejmował się dźwiękiem młota pneumatycznego i głośną muzą oraz skrobaniem ścian o 4.00 nad ranem. Tylko pieprznięta w dekiel Bogna. Zatem, jak to na fb piszą, nie bądź jak Bogna, bądź jak radośni i tolerancyjni sąsiedzi. Ci sami, którym Bogny dzieci przeszkadzały, jak na balkonie jadły słonecznik, albo jak kot właził sąsiadce na parapet, albo jak kotek leżał na trawniku cichutko, nie wadząc nikomu. To dopiero są problemy. Pan spod czwórki  z klatki obok, który od 2 lat robi remont i prawdopodobnie wciąż rozwala ściany i buduje na nowo, bo do cholery, w co można łomotać przez dwa lata w 56-metrowym mieszkaniu, nikomu nie przeszkadza, bo wszyscy są wyjątkowo wyrozumiali i wytrzymali.

Bogna kilka razy w piżamie przemykała się do domofonu przy klatce obok, aby o północy prosić pana, czy by nie mógł przestać stukać młotkiem lub na przykład piłować, bo dzieci nie mogą spać, ona nie może spać i w ogóle nikt nie śpi. Pan zazwyczaj jest niezadowolony z prośby, bo jemu akurat takie godziny remontu pasują, a mieszka – dodać należy – gdzie indziej. Żona z dziećmi śpi sobie w starym mieszkaniu, najwyżej śniąc jedynie o młocie pneumatycznym męża….

Ostatnio u pana Remonta jest ciszej. Ale to pewnie zmyłka. Bogna wie, że on stoi, siorbie piwo z butelki gapiąc się na ścianę w stołowym i myśli z szatańskim chichotem, że czas ją rozpierniczyć w drobny mak i postawić nową. On tam stoi jak nic….

 

Tekst dedykują tym, co jak Bogna zgniją w bloku bez szans na zmianę na lepsze, chyba że stanie się cud. Ale kto w nie wierzy….

Czas na Bognę

Poznajcie Bognę. To ona będzie bohaterką tych tekstów. Dlaczego Bogna, a nie ja, czy Ziutka spod siódemki z klatki obok? Dlatego, że małe rozkoszne miasteczko, jakim jest moja Góra stanowi tak niesamowicie szczelny filtr informacji o tym kto, dlaczego i gdzie, że nie ma tu miejsca na chwilę osobistych refleksji. Dostaje potem człowiek telefony od sfrustrowanych bab, ciotek i pociotek oraz kuzynek ze strony męża szwagra babci psa, iż kalane jest dobre nazwisko… hm, aby jakie? Nieco ich było w moim życiu. I kto je kalał oraz niby czym?

A więc kochani, oto Bogna. Trochę ja, trochę moja koleżanka, trochę wrogini, trochę pani ze sklepu mięsnego a trochę moja mama czy siostra. A więc kim do cholery jest Bogna? Będzie to kobieta, którą lubię, bo przypomina mi mnie i która ma tak samo przegwizdane i tyle w temacie. A reszta, jak powiedział Szekspir jest milczeniem…

Ryga cz.1 Podróż.

 

 

 

No więc to już trzeci dzień pobytu w Rydze. Przyjechaliśmy tu w czwartek koło 17.00, po wielu godzinach podróży, jaka zaczęła się o 19.00, gdy z Góry w środę wyjeżdżałam z córką do Wrocławia, gdzie miałyśmy autobus do Warszawy, skąd z kolei czekał na nas autobus do Rygi (firma Euroline). W Warszawie dołączył do nas mój brat – Paweł, pomysłodawca wyjazdu. I tak wspólnie przez polskie miasta i miasteczka oraz wsie, a potem litewskie i łotewskie dotarliśmy do celu. Na przystanku odebrał nas mój siwy tato, nie mogąc wyjść z podziwu, jakimi liniami wlekliśmy się tyle godzin…. Ja też nie mogłam wyjść z podziwu….Że nie zeszłam z tego świata… Do tej pory mam zakwasy na tyłku.

Powiem tylko jedno. Kierowcy autobusu z Wrocławia do Warszawy niestety niemili i nieludzcy. Pasażerowie chorujący na chorobę lokomocyjną i proszący o możliwość siedzenia z przodu zostali przez niesympatycznego pana – zmiennika kierowcy – poinformowani, iż ten autobus to jego dom, on tu pracuje, on musi mieć warunki, więc pasażerowie niech sobie idą gdzie indziej i gitary nie zawracają… I obserwował pasażerów czujnie, jakbyśmy wewnątrz auta mieli mu siedzenia odkręcić i spierdzielić z nimi przez awaryjną szybę….

W Warszawie za to przywitali nas elegancko ubrani i mili kierowcy – Rosjanie. Kulturalni, uśmiechnięci, życzliwi. Przynosili nam wodę do picia, reklamówki na resztki jedzenia, informowali gdzie jesteśmy i ile mamy czasu na postój.

W autobusie głównie Rosjanie i Łotysze, byli tez jacyś niemieccy skauci, którzy wysiedli w Wilnie. Z moim bratem gadułą, który zna kilka języków, na każdym postoju chętnie rozmawiały starsze panie. Nie wiem, czemu, ale co tylko wysiadał z autobusu rozprostować kości, te dreptały za nim i nadawały po rosyjsku, a on je tam czarował. Miło było patrzeć, jak chichoczą sobie i przekomarzają…

Podróż, prócz tragicznego bólu kości po tylu godzinach jazdy, znośna. Piękne widoki i mili pasażerowie – główne zalety podróży. Wszechstronny ból tyłka i reszty ciała – prosta urzas…. Jak mawia mój tata.

Aaaaa, zapomniałam o jednym, o mojej dziesięcioletniej córce Hance, która zniosła podróż lepiej, niż chrupiąca i strzelająca kośćmi zrzędząca matka Joanna….

Reszta potem. Dużo się dzieje, a obecnie (sobota) leje i wieje. Lato, psia morda….

Kobieca logika, czyli zakupom mówimy stanowcze dość!

 

Kobiety są jakieś inne, no tak, faceci jeszcze bardziej.  Stereotypowe postrzeganie przedstawicieli obu płci to naprawdę zbytnie uogólnianie, jednakże czy aby na pewno? Popatrzmy tylko….

Kawa u znajomej. Siedzimy sobie, gadamy, milczymy, gadamy, zerkamy na teledyski w TV, znów pijemy i miło jest bardzo. W pewnym momencie znajoma lekko zamyślona miesza łyżeczką w kawie po turecku z mleczkiem (tylko taką pijamy). Pytam, nad czym tak usilnie duma.

- A, bo wiesz… – wzdycha – mam dylemat…

- Mów –  zaciekawiona rozsiadam się wygodnie, czekając na jakąś ciekawą  czy też dramatyczną historię z życia koleżanki.

- Byłam ostatnio z dziećmi w galerii. Taka była spódnica na mnie cudna, no taka cudna, że hej – zapiszczała zachwycona, a mgła bez mała przesłoniła jej oczy. – I ja ją przymierzyłam, rozumiesz, leżała jak ulał, zamszowa, brązowa, mięciuśka… No cudo – westchnęła siorbnąwszy kawę.

- No i co. W czym problem, że jej nie wzięłaś? Za droga? Czy co?…

- Nie, 19.90 bo z wyprzedaży, ale rozumiesz… Ja mam już kilka spódniczek. Pół szafy ich mam. Leżą sobie, niektórych nie nosiłam. I tak bez sensu kupować kolejną, skoro wiem, że nie wiadomo, czy ją ubiorę. No ile można mieć łachów w tej szafie, powiedz sama?

Skwapliwie przytaknęłam koleżance.

- Czasami to już myślę, że kupuję, aby kupować, więc czas się ogarnąć i zastanowić nad sobą – rzekła wojowniczo koleżanka, rzucając wyzwanie samej sobie i marszcząc groźnie brwi.

- Nie, no ba! – Rzekłam odkrywczo.  – Masz rację, człowiek potem nie wie, co ma w szafie. Zdarzyło mi się znaleźć sukienkę z metką, poczułam się jak na wyprzedaży. Ciuszek znalazłam, co to zapomniałam, że go upchałam w kącie szafy. Naprawdę cię rozumiem. Ciuchowemu szaleństwu mówimy dość!!!. Ileż można…..

Zapadła cisza, przedłużana piskiem półnagiej panienki z teledysku jednego sezonu. Siorbnęłam kawę, siorbnęła swoją koleżanka. Padło pytanie

- Pojedziesz ze mną jutro po tę spódniczkę?

Oko mi nawet nie drgnęło, gdy rzekłam:

- No jasne….

 

I tyle moi drodzy w temacie.

Ps. Dodam, że dzień później w sklepie koleżanka uznała, że jednak chyba jej nie weźmie (spódniczki rzecz jasna) aczkolwiek wyglądała w niej faktycznie bosko. Wysyczałam jej do ucha – mając ochotę wytargać za kudły – że jeśli jej nie kupi, to  ja jej zrobię krzywdę, bo nie będę następnego dnia znowu jechać, aby jednak ją kupić. A naprawdę, bywało….

Ps. 2 Pewne personalia i fakty zmieniłam, aby koleżanka mi oczu nie wydrapała, aczkolwiek jako, że mnie czytuje, mam przekichane…. Ale i tak ją kocham, a ona mnie, więc wybacz mi moja droga….:)

 

Przychodzi baba do toalety, a tam inne baby w kolejce …..

Wycieczka do Trójmiasta. Wycieczka samych bab. Plus pan Karol – nasz pan konserwator. Postój na stacji X. Kolejka do toalety. Pan Karol zdążył sobie skorzystać i zapomnieć, że w ogóle kiedykolwiek tu był, a my wciąż kwitniemy…I nigdy, przenigdy, psia krew nie zrozumiem tego, że chociaż ewidentnie panie bardziej potrzebują tych toalet, bo w kolejce do tegoż przybytku jest ich zawsze całe stado, to mają do dyspozycji jedną toaletę, a stoi nas 30 sztuk przebierających nogami, podczas, gdy zazwyczaj lekko zapuszczona (nie to, że się czepiam, ale jakoś tak to naprawdę wygląda) toaleta męska stoi pusta.

Nie ogarnę tego nigdy, dlaczego, skoro klientela toalet to głównie baby i wszystkie naraz potrzebują zrobić siku, upudrować się, odświeżyć, umyć ręce, wytrzeć nos i poprawić włosy, mamy taką samą liczbę miejsc do wysikania się i innych czynności, jak w przypadku facetów, którzy sikają szybko, nic sobie nie pudrują i nie biegają do toalety z taką częstotliwością. I tak jest zawsze, w wielu pubach, teatrach i na stacjach benzynowych. To chyba jakaś kara dana nam przez facetów za to, że jesteśmy piękne, miłe i ogólnie fajniejsze, niż oni. Zresztą, co tu dużo mówić, już samą niesprawiedliwością jest fakt, że facet, gdy chce siku, pójdzie sobie gdziekolwiek, obróci się plecami do świata, poudaje, że głęboko myśli i musi przy tym stać, i sobie sika na stojąco, uchyliwszy to i owo z garderoby i przytrzymawszy to i siamto. A u nas cała procedura, a kucaj, a się rozbieraj, a drżyj o nerki na chłód wystawione. Prawdziwy dramat. I nikt nie uwierzy, że kucam na trawniku, bo zbieram grzyby lub jagódki, od razu wiadomo, co tam robię. A facet… zanim zauważysz… już siknął i poszedł dalej i nie zwrócił niczyjej uwagi. Bo co, stać sobie pod murem i myśleć każdy może, no nie?

Wracając do babskich toalet, jakich jest stanowczo niedobór w miejscach użytku publicznego, przyznam, że jako przedstawicielka płci pięknej (tu mi oko z lekka zadrgało) zawsze wkurzona, zdesperowana, z pęcherzem na pograniczu pęknięcia,  włażę do męskiej toalety, prosząc koleżanki o stanie na czatach. Wykonuję błyskawicznie pozycję na Małysza, sikam sobie radośnie, ze spokojem i z wielką ulgą. Gorzej, gdy koleżanka nie zdąży mnie ostrzec, że jakiś zabłąkany facet postanowił jednak skorzystać z pisuaru. Wtedy, gdy zazwyczaj wynurzam się z kabiny i usiłuję na paluszkach przemknąć poza obręb męskiej świątyni sikania, dochodzi do szeregu histerycznych spojrzeń między mną, a  sikającym panem, który w zasadzie z nerwów sika sobie na buty, na ścianę, na spodnie, usiłując się zasłonić, ja zasłaniam oczy, piszczę „przepraszam”!!! i wybiegam…Sodoma i Gomoria!, jak mówi Pawlak.

No więc, skoro dochodzi do tak tragicznych aktów desperacji nie tylko z mojej strony, bo dużo zmęczonych kolejkami pań korzysta z męskich toalet,  wypada postawić proste i nasuwające się pytanie: Czemu nikt nie wpadł na to, aby toalet dla pań było z trzy razy więcej niż toalet facetów??? Może by tak to zmienić? Może by tak przemyśleć panowie i panie od projektowania budynków. Prooooszę. A póki co, od gadania o sikaniu zachciało mi się siku, czego i państwu w letni wieczór życzę.

 

Poranne zapiski starszej…. pani(?)

 

Urodzinowy dzień przywitał mnie pogodą wietrzną i chłodną jak jasny gwint. No w końcu lipiec, psia krew. Co będzie mi tu grzało i  świeciło, jak może sobie dmuchać rześki, kilkunastostopniowy wiatr po łydkach. Sama radość…

No więc co, ani podsumowania roku robić nie będę, bo nie, ani też pisać mądrych peanów na swoją cześć, bo nie, moja osobowość sama się obroni…. Hi. Mam tylko kilka uwag w związku z faktem, że skończywszy magiczne 40 lat ubiegłego roku człowiek dostrzega nie zawsze magiczne uroki owej kolejnej granicy lat.

I tak, niestety. Zauważyć idzie, że rano baaardzo jasno ciało daje znać, że wstałeś, i że leżałeś wygięty niewłaściwie, że spałeś na jednej rączce, a druga była podkurczona. Ojjjjj, gdy wstajesz, twoje kości mszczą się, skrzypiąc, boląc, chrupiąc i trzeszcząc. Więc złażę z wyrka obolała, człapię do łazienki. Kolejny horror o poranku. Włosy, jako że postanowiłam je zapuścić i żyją własnym, rudym, gdzieniegdzie już siwym życiem, krzyczą do lusterka – chcemy żyć spontanicznie i być w nieładzie niemożliwym do ogarnięcia. I sobie żyją, a wraz z nimi nie wiem czemu – cholera – worki pod oczami, jakoś coraz trudniejsze do zakamuflowania. Apage satanas – mruczę do lustra i człapię do kuchni, aby zjeść zdrowe odżywcze musli i ogarnąć się do pracy.

A zapomniałam, ja teraz nie pracuję, bo wakacje mam. Więc od kilku dni jeszcze muszę wysłuchać tradycyjnych pytań retorycznych: „Już się wam zaczęło, no nie?” lub stwierdzeń: „I co pani Asiu, teraz dwa miesiące wolne, ale wam dobrze”. A idź psia krew na nauczyciela, szczególnie do podstawówki i użeraj się z bezstresowo wychowywanymi uczniami oraz ich rodzicami. Nie wszystkimi rzecz jasna, ale wystarczy jeden, abyś wizję wbicia komuś siekiery w głowę uznał za całkiem logiczną rzecz.

No więc mam wolne, i jakoś tak zapadłam chyba na śpiączkę. Już dzieci się pytają, czemu ja tak śpię. Generalnie wracam z zakupów, hop do łóżka, na drzemeczkę, ugotuję obiad – znowu myk. Czasami po obiedzie – znów kimanie, jakby to powiedzieli językiem gwary, kumple spod celi… (ło matko). Tak wygląda ładowanie akumulatorów i odsypianie trudów drugiego półrocza. Chyba tak, bo jak to tłumaczyć, że tam gdzie stoję, tam śpię na stojąco. Nawet w kolejce po pieczywo. Już rekordem było, gdy na wycieczce do Torunia w ostatni weekend czerwca rzewnie zachrapałam w planetarium. Ale to się nie liczy, bo tam chrapał cały mój rząd koleżanek. Tak się przejęły opisem planet Układu Słonecznego, że przysnęły z wysiłku intelektualnego i wrażeń…

I to na razie tyle. Ja zaraz idę kupować ciasto, bo przyjdą w południe różne moje zaprzyjaźnione ludki złożyć kondolencje z okazji 41-szych urodzin. Wszystkich stęsknionych za moim ględzeniem informuję ponadto, że z racji bezczelnego opierdzielania się będę pisać na wakacje więcej, bo i pewnie więcej będzie czasu na pewne uwagi lub wnioski z jakże urozmaiconego życia w bloku na Piastowie…. Kto się cieszy, to super, kto mniej, też piknie, wszystkich się nie zadowoli, no nie, moi drodzy?..